Dyrektor szpitala zwrócił się do pielęgniarek z pytaniem, czy chcą włączenia do pensji zasadniczej 20 proc.. premii uznaniowej, którą pielęgniarki dostały w lipcu. W poniedziałek karty do głosowania z takim pytaniem trafiły na wszystkie oddziały. Głosy będą zbierane do środy 17 września. Do czwartku do godz. 15 mają być znane wyniki.
Pielęgniarki strajkujące pod gabinetem dyrektora mówią jednym głosem: - Dopóki dyrektor nie będzie z nami rozmawiał, trudno nam się wypowiadać w referendum, a poza tym propozycja jest absurdalna. Dyrektor włączając nam do pensji premię, którą uzyskałyśmy w wyniku ugody z października zeszłego roku, chce nam jeszcze raz podarować te pieniądze, które już dostałyśmy. To manipulacja - twierdzą pielęgniarki.
Profesor Piotr Kuna odpiera te zarzuty, twierdząc, że jeśli włączy premie do płacy zasadniczej, jednocześnie urosną pochodne liczone od podstawy, czyli między innymi dodatek stażowy i funkcyjny.
- To bzdura - mówią pielęgniarki i przekonują, że na takiej operacji nic nie zyskają. - Przecież to, co dostaniemy netto po odjęciu wszystkich świadczeń, to będzie taka sama kwota, jaką dostajemy teraz.
Wszystko wskazuje na to, że strony tak łatwo nie dojdą do porozumienia. Dyrektor twierdzi, że według jego wyliczeń w strajku bierze udział 56 osób. Komitet strajkowy pokazuje listy, na których podpisuje się ponad 120 protestujących. Skąd te różnice? Pielęgniarki w szpitalu pracują w systemie zmianowym. Kiedy kończą strajk, który dziś będzie trwał od 8 do 18, wracają do pracy na oddziałach, kolejne schodzą z nocy, jadą do domu się przebrać i dopiero później wracają do strajkujących koleżanek.
Pielęgniarki chcą się spotkać i rozmawiać z dyrektorem, byle mowa była o konkretnych kwotach.- Przecież nam też zależy na dobru pacjenta i zakończeniu tego konfliktu - mówią.
|